Rozdział pierwszy ─ Wezwanie
Niezwykły w swojej zwykłości — pierdziałby i galaktyki tworzy
Jestem Światłem w Porządku. Kuję to, co ma nadejść. Przez wieki idę, jak promień przez dym. Patrzę na Prawdę we wszystkich Wiecznych zwojach. Jestem Oksianion (Oksjanion)1. Jestem Ten, Który Przybywa. Wokół — Sklepienie Gwiazd. Wewnątrz — Inkał.2 Co było strachem, stało się moją siłą. Widzę las, gdzie inni śpią. Moja droga jest Złota. Spirala jest bez końca.
1.1. Tworzenie galaktyk jako radość istnienia
Byłem nastolatkiem i miałem już tysiące galaktyk stworzonych w godzinach wolnego czasu. Żeby je tworzyć w biociele, pogrążałem się w szczególnym rodzaju transu — chodziłem po pokoju kółkami zgodnie z ruchem wskazówek zegara, trzymając w rękach specjalny przedmiot; dziś zastępuje go tytanowa pałeczka ze stylizowanym wizerunkiem Cthulhu. Może ją kupić każdy — hwzbben titanium.
Chociaż sushi zawsze jem widelcem — dla porządku: nie ma groźniejszej broni niż widelec: jeden cios, cztery dziury.
W każdym razie ważne jest powiedzenie, że to konkretnie metoda Tesli w modelowaniu. Przeczytałem o tym później, już jako dorosły, w jego biografii — jak modelował. Nie znałem nikogo podobnego w historii poza nim samym.
Robić rysunki techniczne to długo. Modelować — to tysiąc razy szybciej. Nie budujesz — wyciągasz gotowe. Jest taki film Efekt motyla, który bardzo trafnie pokazuje moment bliski temu: będąc w jednym miejscu, bohater zaczyna widzieć coś zupełnie innego i działa już w nowej facecie rzeczywistości.3 Efekt motyla wyszedł w 2004, kiedy miałem szesnaście lat. Tworzyć galaktyki zacząłem wcześniej — w wieku piętnastu.
Po prostu ją widziałem, tak jak widzisz dom przyjaciela, w którym byłeś sto razy. Wiedziałem, jak tam są rozmieszczone słońca, jak istnieją istoty, jak biegnie dla nich czas. Nikomu tego nie tłumaczyłem, bo nie było czego tłumaczyć — miałem to w sobie jako fakt. Najważniejsza była koncepcja czasu: tworzyłem galaktykę istot, przyspieszałem tam czas, zwalniałem, potem puszczałem galaktykę i tworzyłem zupełnie inną. Kiedy wracałem — istoty i czas tam się posunęły, coś się zmieniło, i ciekawe było obserwować, jakie osobliwe formy to wszystko przybierało. Od razu powiem, że moje galaktyki mają bugi.4
I w pierwszej galaktyce był oczywisty bug.
Istoty w niej potrafiły zajmować cudze ciało. Starzec czuł, że młodnieje, i przenosił się do ciała młodego. Młody znajdował się w ciele starca i po jakimś czasie umierał, bo cudze ciało nie jest jego. Tak było urządzone całe owo cywilizowanie. Tak żyli. Sztywna hierarchia, nieśmiertelne dynastie wodzów.
Jako nastolatek patrzyłem na tę galaktykę i rozumiałem: to jest zepsute. Nie po prostu dziwne — zepsute na poziomie strukturalnym. Zazdroszczą cudzej formie, bo własna jest niezmienna. Przejmują, bo nie potrafią zmienić siebie.
I wtedy zrobiłem to, co robię do dziś. Nie przyszedłem sam do tej galaktyki, żeby ją naprawić. A raczej — przyszedłem, przeżyłem tam życia od środka, wszystko zbadałem. Skonstruowałem inną cywilizację — z układu wielosłonecznego, z plastyczną formą ciała, z holograficznymi artefaktami zamiast przedmiotów stałych. Istoty drugiej galaktyki nie potrzebowały zawłaszczać cudzego, bo własne było u nich już zmienne. I wysłałem je do pierwszej galaktyki. Żeby korygować, nie niszczyć. Wejść od wewnątrz i po cichu naprawić.
Nie znałem wtedy słowa operator. Nie znałem słowa bug w znaczeniu defektu systemu — tego słowa nauczyłem się później, w pracy. Nie wiedziałem, co robię. Była to gra bardzo wesoła — i nadal taka jest — to wieczne tworzenie.
Ale gra okazała się zbyt spoista jak na swobodną fantazję. Symetria bugu i lekarstwa była zbyt precyzyjna. Zawłaszczanie ciała — plastyczna forma. Jedno źródło energii — kilka słońc. Niezmienny przedmiot — holograficzny artefakt. Nastolatek z taką symetrią nie wymyśla — nastolatek widzi; ma dostęp do struktury i w formie zabawy wykłada ją sobie samemu.
I tam, w tej nastolatkowej galaktyce, siedziała już cała moja dorosła praca. Dziś jestem QA leadem w IT — i sam dalej odnajduję bugi w produktach. Wiele lat łapię bugi w kodzie. Wtedy, w dzieciństwie, łapałem buga w galaktyce. To jest jedna funkcja, rozwinięta w dwóch skalach.
Była ze mną od samego początku.
To jest pierwsza punkta. Najwcześniejsza.
1.2. Śruba z sufitu
Skok do przodu. Jestem już dorosły; z żoną właśnie wprowadziliśmy się do wynajętego mieszkania w Moskwie. Rok wcześniej kupiłem laptopa, postawiłem go na stole i jeszcze nie włączałem — tylko rozpakowałem. Poszliśmy do kuchni na herbatę, potem wróciliśmy i usiedliśmy obok. Nic się nie działo. Po prostu rozmawialiśmy.
Z sufitu spadła śruba. Czarna, jak z zestawu konstrukcyjnego. Prosto na pokrywę laptopa.
Na suficie był standardowy żyrandol z kutego żelaza — nie miał takich śrub. Za to dolnej pokrywie laptopa brakowało dokładnie jednej. Dokładnie jednej.
Wziąłem tę czarną śrubę i wkręciłem ją w pustą dziurę. Pasowała idealnie. Jakby była zrobiona do tego miejsca. Pozostałe w laptopie były dokładnie takie same.
Wzruszyliśmy ramionami i dopiliśmy herbatę. Laptop działał potem jeszcze co najmniej pięć lat. Do dziś pyłoszy się na półce, wciąż żywy.
Nie możesz nikomu tej historii opowiedzieć, bo nic nie dowodzi. Prawie nikomu nie opowiadałem. Ale pamiętam ją dosłownie: kolor śruby, filiżanka herbaty na stole, twarz żony patrzącej na mnie bez zrozumienia.
W ramce zwykłego świata śruba spadła znikąd. W ramce dwóch facetów rzeczywistości — śruba przyszła z tej facety, gdzie czas i miejsce są inaczej urządzone. Nie pojawiła się — przeszła. Z facety, gdzie była mi już potrzebna, do tej, gdzie akurat siedziałem obok laptopa, któremu brakowało jednej śruby.
Kanały między facetami nie otwierają się według rozkładu. Otwierają się tam, gdzie faceta jest cienka. A oto druga ważna rzecz: rok później obejrzę anime, choć anime nie oglądam. Nazywa się Gurren Lagann.5 Wszystko w nim kręci się wokół mocy spirali. Śruba to miniatura wiertła Simona. Cała ta droga — o tym, gdzie to wiertło w końcu przebije Niebiosa. To anime w prostej formie przekazuje, co znaczy moc spiralnych istot. I jeszcze jedną rzecz ważno jest powiedzieć wprost. Dawaj kopniaki zdrowemu rozsądkowi. Zdrowy rozsądek będzie ci mówił, że śruba nie spada z sufitu z innej facety. Że sen nie spełnia się dosłownie rok później. Że wiertło nie przebija Niebios. Że wiara w kogoś z przeszłości to irracjonalne uczucie, nie działające narzędzie. Zdrowy rozsądek przy tym sam niczego nie tłumaczy: śruba przy nim i tak spadła, sen przy nim i tak się spełnił, wiertło w anime przy nim i tak przebiło. Zdrowy rozsądek to portier, który strzeże wejścia do zwykłego świata. Jego funkcja — nie wypuszczać cię stamtąd. Ale jeśli już widziałeś śrubę, sen i wiertło, nie mieszkasz już w zwykłym świecie. Mieszkasz w obu facetach jednocześnie — po prostu jednej z nich jeszcze nie używasz.
Więc kiedy wyskakuje w tobie fraza to jest niemożliwe — to właśnie dzwoni zdrowy rozsądek. Daj mu kopniaka. Sprawiedliwy, łagodny kopniak, nie złośliwy. Robił swoją robotę — niech teraz odpocznie. I idź dalej patrzeć, co tak naprawdę tam było.
1.3. Sen dziadka
Kolejna punkta z dzieciństwa. Mieszkanie, ranek, zwykły dzień. Nic nie robię, stoję w przedpokoju. Dziadek wychodzi ze swojego pokoju — z twarzą człowieka, który nie do końca się obudził — i mówi coś w rodzaju: po co mnie gonisz z siekierą?
Stałem i patrzyłem. W moich rękach nie było ani siekiery, ani kija, niczego. Nie goniłem nikogo. Dziadek spojrzał na mnie dziwnie i zamilkł. Potem usiadł i nigdy już do tego nie wracał.
Byłem dzieckiem. Dzieci nie zaczepiają się o takie frazy — przeszły i poszły. Poszedłem. Ale fraza została we mnie, jak kamień w kieszeni, o którym zapominasz, dopóki pewnego dnia nie włożysz ręki.
Zrozumiałem, co to było, wiele lat później. Dziadkowi śniło się. W tym śnie jego wnuk gonił go z siekierą. Dziadek najwyraźniej nie do końca oddzielił sen od jawy — i odezwał się do mnie rano, jakby to było naprawdę. Przeniósł przekaz z tej facety, gdzie się wydarzyło, do tej, gdzie wypowiedział go głośno.
To jest ważne rozwidlenie, i chcę je wypowiedzieć wyraźnie. Dziadek nie miał halucynacji na jawie. Dziadek otrzymał przekaz z nieliniowej facety rzeczywistości przez sen. Sen jest działającym kanałem. Działa, bo we śnie czas jest inaczej urządzony: przyszłość, przeszłość i teraźniejszość nie są wystawione w linię. We śnie można zobaczyć to, czego jeszcze nie wydarzyło się liniowo, ale co istnieje już we własnej warstwie.
Sen to po prostu inna faceta rzeczywistości, i zawsze jest w nim klucz do przyszłości w tej facecie rzeczywistości, w której czytasz tę książkę.
W 2026 roku pojawiły się u mnie dwie siekiery. Czarna jesionowa, z różą wiatrów na głowni. Druga — Rać Peruna,6 z obliczem Peruna po obu stronach głowy i wojskiem. Nie kupowałem ich według planu — przyszły w swoim momencie. I kiedy znalazły się w moich rękach, przypomniałem sobie frazę dziadka. Przypomniałem sobie w całości. Z jego twarzą, z tonem.
Zrozumiałem, że siekiery zawsze były moje. Istniały w nieliniowej facecie od dzieciństwa. Dziadek widział je we śnie jako rzeczywiste — i były rzeczywiste, tylko nie w naszej liniowej facecie. A w 2026 roku liniowo do nich doszedłem. Nie nabyłem — spotkałem. Liniowa biografia w końcu dogoniła to, co w nieliniowej facecie już było.
Między snem dziadka a siekierami 2026 — trzydzieści lat liniowego czasu. I zero czasu po drugiej osi. Po tamtej osi sen i siekiery to jedno wydarzenie, tylko rozłożone wzdłuż linii.
Jeśli taka ramka nie układa się za pierwszym razem — to normalne. Mnie samemu układała się przez jakieś dwadzieścia lat. Najpierw była fraza dziadka. Potem siekiery. Potem, między nimi, wisior.7 Potem zrozumienie, że nie ma między nimi przerwy — jest pętla. I kluczowe — jest historia spotkania z Demonem i moich działań z nim w przeszłości, i jak użyłem siekier.
1.4. Odpowiedź rzeczywistości na poznane imię
Miałem piętnaście lat, kiedy przyszło imię Oksianion — i znów odpalił dziwny glitch.
Winamp8 był wtedy u wszystkich. Zielona fala na equalizerze, skiny, okienko playlisty kurczące się do paska. Muzyka leżała na dyskach, porozdzielana w folderach. Żadnej ceremonii. Odtwarzacz jak odtwarzacz. Nie miałem autoplay, stary komputer był włączony, choć nie działały na nim żadne programy. Tak stał włączony kilka godzin z rzędu, a ja czytałem powieść fantastyczno-naukową — Godzinę Byka Jefremowa.9
I nagle pomyślałem — a jakie miałbym imię w przyszłości, jakie jest moje prawdziwe imię, to które jest naprawdę moje? I myśl mi wróciła: Oksianion.
Więc pomyślałem sobie — fajne, no dobra, trzeba to zapisać — ale na razie chcę posłuchać muzyki. I oto co się stało, ta pierwsza nieoczekiwana rzecz: Winamp otworzył się natychmiast, a ja nawet jeszcze nie zdążyłem wstać z łóżka, leżałem metr od komputera, a muzyka zaczęła grać sama z siebie. Sprawdziłem potem — odtwarzacz działa inaczej: najpierw go uruchamiasz, potem jeszcze musisz kliknąć play, żeby ruszyć muzykę.
Samo imię jest silniejsze, niż wygląda — zrozumiałem to z latami. Siedzi mi w ciele — nie tylko je pamiętam, żyję w nim. Kiedy mówię jestem Oksianion — to nie jest cytat, to podpis. Oto, na przykład, moja pierwsza robocza komenda do wejścia w tryb retrospiralowania10 — umieściłem ją w epigrafie tej rozdziału.
1.5. Sen w dwudziestym pierwszym roku życia
Miałem dwadzieścia jeden lat i wciąż nic nie wiedziałem o retroprzyczynowości.11
Śniło mi się. Mały pokój. Współpracownicy, których nigdy nie widziałem. Okno wychodzące na stronę, gdzie miasto już się kończyło. Przełożony, którego też nie znałem, wszedł do tego pokoju, posiedzał chwilę i wyszedł. Tyle.
Zapisałem ten sen. Nie dlatego, że rozumiałem po co. Po prostu coś w środku powiedziało zapisz, i zapisałem. Nie miałem jeszcze wtedy słowa operator, ani kanału czasowego, ani wisiora. Był notatnik, długopis i przyzwyczajenie: jeśli widzisz coś dziwnego — udokumentuj, bo inaczej się zetrze.
Rok później poszedłem starać się o pracę. I wszedłem do tamtego właśnie pokoju.
Rozpoznałem go tak, jak rozpoznaje się miejsce, w którym się nigdy nie było, ale które się pamięta. Naprawdę stał na obrzeżu miasta — nigdy wcześniej tam nie byłem. Ten sam układ, to samo okno, te same twarze, o których śniłem, że będą obok. I to co kluczowe — przełożony. Przyjeżdżał raz w miesiącu z innego miasta, jeepem. Wchodził do tego pokoju, siedział, potem odjeżdżał. Dokładnie tak jak we śnie.
Mogłem powiedzieć sobie, że to zbieg okoliczności. Ludziom, którzy piszą o takich rzeczach, zazwyczaj się to właśnie radzi: nie dać się ponieść. Próbowałem. Zbieg okoliczności nie trzymał — zbyt wiele szczegółów naraz, i jeden z nich zbyt rzadki. Przełożony raz w miesiącu jeepem z innego miasta — to wyraźnie nie typowy obrazek biurowy, a konkretna osoba w konkretnej roli, którą widziałem we śnie rok przed tym, jak zobaczyłem ją na jawie.
Notatnik został. Nigdy go nie wyrzucałem.
I oto co ważne — zapis przed zdarzeniem. To jest ten szczegół, który wyłącza zwykły argument mózg dорysował to post factum. Jeśli zapis był wcześniej — nie można nic dorysować post factum. Papier leży, atrament wysechł rok temu. To już nie jest śniło mi się i coś sobie nadmuchałem. To jest dokument.
Od tamtej chwili miałem spokojne rozumienie, którego sobie nie tłumaczyłem. Coś w rodzaju myśli w tle: przyszłość nie zawsze jest z przodu. Czasem już była — i po prostu do niej dochodzisz liniowo.
Nie zrobiłem z tego wtedy filozofii. Po prostu zapisałem sen, potem dostałem pracę, potem zacząłem pracować. Zwykła biografia. Tylko z jednym małym szczegółem na marginesie, o którym nikomu nie mówiłem przez piętnaście lat.
To był ten ciekawy sygnał, który rozpoznałem jako sygnał. Słaby, udokumentowany, z podpisem — dwukierunkowy kanał działa. Przyszłość może przyjść do przeszłości i zostawić w przeszłości odcisk w facecie rzeczywistości snu. I potem — jak bohater Ostatniego bohatera,12 z zdumieniem przewijasz taśmę.
1.6. Miasto z czterema zakładami poprawczymi
Pochodzę z syberyjskiego miasta, w którym są cztery zakłady poprawcze.
To tłumaczy wiele bez słów. Kiedy na twojej domowej mapie są cztery więzienia — wcześnie uczysz się, z jakiego gatunku ludzi jest urządzony rzeczywisty świat, w przeciwieństwie do tego opisywanego w podręcznikach wiedzy o społeczeństwie. Uczysz się, jak rozmawiać z człowiekiem, którego oczy mają tę konkretną pustkę. Uczysz się mówić do rzeczy.
W moim mieście nie czekało nic specjalnego. Można było zostać i wpasować się — w fabrykę, w ochronę, w sprzedawanie czegoś na targu, w długi zwykły byt, w ciche picie w piątki. U wielu moich kolegów ze szkoły tak mniej więcej wyszło. U niektórych — gorzej. U niektórych — równo, po linijce, bez żadnych pytań do życia.
Wyjechałem.
Do Moskwy, bez znajomości. Od zera — bez metafory. Nawet z kredytem na pierwsze trzy miesiące życia. Dosłowny opis kapitału startowego: zerowy plus dług. Mieszkanie zarobiliśmy z żoną we dwoje, każde na swojej pracy. Kiedy masz dwadzieścia kilka lat i wynajmujesz kąty w cudzych dzielnicach, każdy rubel, który zostaje po jedzeniu i transporcie, idzie w jeden wielki potem. Najpierw potem — to pierwsza wpłata. Potem — już bogactwo, sztaby złota, waluta, co tylko chcesz. Ale zawsze staram się wykupywać czas przyszłego życia, żeby tworzyć coraz to nowe spiralne galaktyki i spiralne istoty. Tej radości tworzenia nie porównasz z niczym. Myślę, że nie jest to nigdzie opisane.
Jednocześnie budowałem strategiczną drogę w IT. Nie tak, jak to opisują artykuły o karierze: określ cel, zbuduj plan, idź krokami. Bardziej jak idzie się przez nieznany las: patrzysz, gdzie jest prześwit z przodu, i tam się kierujesz. Z jednej roli do drugiej, z testowania do zarządzania testowaniem, z zespołu do klastra. Nie wiedziałem dokładnie, dokąd idę. Wiedziałem, że poruszam się w tym kierunku, gdzie mi wychodzi szybciej i trafniej niż większości wokół.
Dziś jestem QA cluster leadem. Nad zespołami. Praca zdalna, palące releasy, flegmatyczni lead deweloperzy, których AI kiedyś trafnie opisała jako „ani ryba, ani mięso" — i zgodziłem się, bo sam bym nie powiedział lepiej. Jedna godzinna przerwa obiadowa w ciągu dnia. Jakość snu — monitoruję samodzielnie, w liczbach: 80–90, zasypiam od razu. W pracy zmęczony — zarabiam złoto)13 Biociało trzeba karmić, a dowodzenie zespołami w klastrze wymaga dużo fizycznych ruchów.
Z zewnątrz — historia sukcesu prowincjusza, któremu się udało. Wyjechał, dostał pracę, kupił mieszkanie, utrzymał się. Od środka — inaczej. Od środka była równa, prawie niesłyszalna nuta — jakby radio działało w sąsiednim pokoju, słów nie rozróżnisz, ale dźwięk jest. Słyszałem ją latami i nie nazywałem. Tylko potem znalazła imię. Niezwykłe w zwykłości. Szczerze zawsze starałem się być zwykłym człowiekiem i przeważnie mi to wychodziło. Ale radio w sąsiednim pokoju przez to nie wyłączało się.
I w pracy czasem wyłaniały się rzeczy, których nie ma w żadnym firmowym podręczniku. To ten właśnie zwykły świat, o którym pisał Campbell.14 Tylko teraz mogę dodać: zwykły świat to jedna z facetów. Nie cała rzeczywistość, tylko ta faceta, w której działa czas liniowy i łańcuch przyczynowo-skutkowy biegnący z dołu w górę. Żyję w tej facecie. Nie gardzę nią. Maskuję się w niej: specjalista, mąż. Z żoną, kotem Lową i palącymi releasami.
Tylko ta faceta lekko skrzypi przez cały czas. I przez to skrzypienie przechodzą punkty z innej facety, w której czas jest inaczej urządzony.
1.7. Węzeł niewidoczny od razu
Miał być tu osobny rozdział. Zaczynałem go pisać kilka razy i za każdym razem zamykałem — bo on nie da się napisać w tym rozdziale. Już się wydarzył, ale zabrzmi w następnym. To jest epizod z Sadako z Ringu,15 która przyszła do mnie w adolescencji i przez którą po raz pierwszy wykonałem operację operatorską, nie rozumiejąc, że ją wykonuję. Nie znałem wtedy ani słowa operator, ani słowa to hamster.16 Po prostu to zrobiłem — i zadziałało.
Chciałem postawić ten węzeł tutaj, między miastem a herbem, bo chronologicznie siedzi dokładnie tu. Ale ten węzeł nie leży w linii — leży na progu. A próg to już następny rozdział.
Mam więc tutaj przerwę. Nagłówek jest; zawartość — w Rozdziale 2. Tak bywa z węzłami, które nie są widoczne od razu — wypadają z numeracji w jednej facecie, żeby w całości objawić się w innej. Jeśli zauważyłeś, że między 1.6 a 1.8 czegoś brakuje — zauważyłeś słusznie. Tego właśnie brakuje. Na razie.
1.8. Herb i wisior — mapa pętli
W pewnym momencie te punkty zaczęły się domagać zebrania w jeden znak.
Dostałem wisior. Srebro, cztery ćwiartki, złote wstawki, grawer na rewersie: my path is golden — the spiral without end.17 Nie zaprojektowałem go „jako herb". Ułożył się, gdy długo patrzyłem na własną konfigurację i widziałem w niej cztery strony, które chodzą parami.
Wisior opisany jest szczegółowo w prologu. Tu chcę powiedzieć jedną rzecz, do której wcześniej nie dochodziłem.
Wisior nie jest herbem rodowym ani emblematem. Jest mapą pętli, w którą jestem wpisany.
Noszę wisior nie jako biżuterię. Noszę go jako kotwicę stanu. I jako rysunek techniczny, według którego jestem zbudowany.
Siekiery, które przyszły w 2026 roku, są materializacją tego, co leży w prawej dolnej ćwiartce wisiora. Miecz i siekiera skrzyżowane. Były już na rysunku technicznym, kiedy dopiero zamawiałem ten rysunek techniczny. Po prostu dojechałem do ich fizycznej formy.
Tak samo z galaktyką w lewym górnym — jest tam, bo dziecięca galaktyka zawsze była moja. Przeniosłem ją tylko na metal, kiedy już wiedziałem, że tam jest.
Wisior nie jest nowy. Wisior jest utrwalony. To, co i tak było, tylko teraz wisi na łańcuszku.
1.9. Sześć anomalii, które widzę w sobie
Jeśli wezmę wszystkie te punkty i spróbuję je sklasyfikować — a klasyfikacja to u mnie cecha testera, który zawsze chce nadawać tagi bugom — wychodzi mi sześć typów. Nie żeby się popisać. Żeby czytelnikowi łatwiej było sprawdzić siebie.
Pierwsza. Łączenie niekompatybilnych rejestrów. W jednym ciele żyją tester IT i człowiek, który ma galaktykę na herbie. U większości ludzi te rejestry siedzą w różnych pokojach z przepierzeniem między nimi. U mnie działają jednocześnie — kanał czasowy i bug w projekcie w jednej głowie sobie nie przeszkadzają.
Druga. Efekt pola na otoczenie. Ludzie wokół mnie wypalają to, co wyparte. Na jednym firmowym przyjęciu dwie osoby z rzędu powiedziały ciężkie rzeczy („jesteś demonem" i o cukrzycy; drugi o zapaleniu wątroby) — nie wezwałem żadnego z nich. Żona widzi to jako system. Działam jako katalizator odreagowania, bez zamiaru.
Trzecia. Udokumentowana prekognicja. Sen w dwudziestym pierwszym roku życia zapisany był przed zdarzeniem. Z papierem, atramentem i datą argument mózg dorysował to post factum nie może stanąć.
Czwarta. Higiena operatorska bez instrukcji. Sam, bez nauczyciela i książek, wypracowałem to, co w tradycjach nazywa się nistar (chasydzi), Malāmatiyya (sufici), eirōneía (Sokrates). Żadnych instrukcji nie czytałem. Żyję pod maską specjalisty IT. Niezależne wynalezienie architektury bezpieczeństwa.
Piąta. Spójna symboliczna система. Imię (Oksianion), herb, wisior, czasowniki (to oxion,18 to hamster — po rosyjsku: pracować pod maską zwykłego i po cichu robić swoje), formuła (my path is golden — the spiral without end). Wszystkie elementy wyprowadzone z siebie nawzajem. Nie kolekcja — zamknięty samowystarczalny system.
Szósta. Podwójna świadomość o sobie samym. Jednocześnie wierzę w swoją funkcję i utrzymuję do niej krytyczny dystans. W prywatnym rejestrze mogę powiedzieć naprawdę nauczyłem się przenikać tkankę czasu i od razu zgodzić się, że publicznie tak mówić nie można — uruchomiłaby się inflacja. Większość albo całkowicie wierzy i traci realizm, albo zaprzecza całkowicie i traci dostęp. Rzadka samoregulacja.
Każda anomalia z osobna gdzieś się zdarza. Co do jednej — większość ludzi gdzieś w sobie wyczuje którąś z nich. Anomalia nie leży w żadnej z nich z osobna, lecz w kombinacji: wszystkie sześć jednocześnie, w jednym nośniku, na długim dystansie, w spójnej konfiguracji.
Jeśli rozpoznałeś w sobie trzy z sześciu — prawdopodobnie też masz swoją własną działającą pętlę. Tylko jeszcze bez klasyfikacji.
1.10. Rozpoznawanie pętli
Teraz mogę wreszcie powiedzieć to, co na początku rozdziału zabrzmiałoby przedwcześnie.
Te punkty — nastolatkowa galaktyka, śruba, sen dziadka, Winamp i imię, sen w dwudziestym pierwszym roku, przeprowadzka, IT, herb, wisior, siekiery (o Sadako — w następnym rozdziale) — nie idą za czasem. To znaczy wzdłuż linii czasu są oczywiście rozstawione: najpierw imię, potem galaktyka, potem dziadek… Ale jeśli patrzeć nie na porządek, lecz na treść, widać: w wczesnych punktach siedziały już późniejsze. Dziadek widział we śnie siekierę, której w mojej liniowej biografii jeszcze nie było. Piętnastoletni ja ukuł imię, które prawdziwie zrozumiem dopiero w trzydziestym ósmym roku życia. Dwudziestojeden letni ja zobaczył pokój, do którego wszedłem rok później. Nastolatek wykonał operację metodą, która stanie się operatorska dopiero dwie dekady później, i opisał swoją dorosłą funkcję w formie kosmogonii.
To już nie jest dar jasnowidzenia w zwykłym sensie. Dar jasnowidzenia zakłada, że przyszłość jest gdzieś z przodu i ty ją z góry wyczuwasz. Tu działa inaczej.
Moja przyszłość już była. Posyłała siebie w przeszłość w formie punktów, które teraz nanuję w nić. I za każdym razem posyłam impulsy na zewnątrz — w przyszłość i w przeszłość, do samego siebie. Można powiedzieć, że stworzyłem siebie wtedy, bo zrozumiałem, jak interweniować w przeszłość.
Nie fabrykuję ich post factum. Są wszystkie udokumentowane — notatnikiem (sen), przez żonę (śruba), słowami dziadka (wypowiedzianymi wobec świadków). To już nie jest rekonstrukcja. To są dokumenty. Teraz jeszcze ta książka.
Jeśli wziąć tę ramkę poważnie — a ja ją biorę, bo inaczej moja biografia nie wychodzi — to ja nigdy nie byłem w czasie liniowym. Nie uczyłem się przenikać tkanki czasu na którymś etapie. Nie nabywałem funkcji w trzydziestym czy czterdziestym roku życia. Wszystkie punkty mojej biografii to jednocześnie istniejące węzły jednej konfiguracji, która jest już zamknięta i którą stopniowo uświadamiałem sobie.
Ma to swoje nazwy. W filozofii — causa sui, przyczyna samej siebie; w fizyce — zamknięta pętla przyczynowa, paradoks bootstrap;19 w mitologii — uroboro, wąż pożerający własny ogon. Jedna forma, różne języki: obiekt, który nie ma źródła poza własną pętlą.
Nie twierdzę, że jestem Bogiem. To są różne natury — pisałem o tym w przedmowie. Twierdzę, że moja biografia zbudowana jest jak causa sui w ludzkiej formie. Konfiguracja, która jest własną przyczyną, używająca czasu liniowego jako medium manifestacji, ale nie jako ramki ontologicznej. I nigdzie, nawet teraz, nie mogłem znaleźć relacji o kimś w biociele, kto tworzy spiralne światy ze spiralnymi istotami po prostu dlatego, że sprawia mu to radość i jest jego prawdziwą pracą. Tego nie uczą. Nie uczyłem się u nikogo.
Kiedy rozumiesz, że punkty nie idą za strzałką — coś w tobie przebudowuje się. Znika lęk a nuż nie zdążę. Bo jeśli miało być — już jest. Wyłoni się w odpowiednim momencie. I odwrotnie — znika lenistwo, z którego ludzie odkładają ważne na potem. Bo jeśli teraz nie zrobię kroku — w przyszłości nie będzie skąd wysłać go w przeszłość. Pętla zamyka się tylko wtedy, gdy sam ją zamknę. Ja z przyszłości liczy na mnie z teraźniejszości.
I w pewnym momencie przyszła fraza, której wcześniej nie używałem w codziennym życiu. Nie objawienie na górze, nie głos z nieba. Zwykła myśl, która przyszła sama: rozumiem, że przez cały ten czas coś ze mną coś robi. I trwa to nadal. I trzeba to jakoś nazwać.
Nazwałem to Wezwaniem.
Słowo pasowało. Wezwanie — to kiedy glitche przestają być glitchami i zaczynają układać się w wzorzec. Wzorzec jest jeszcze niepełny — część się jeszcze nie wydarzyła, część zapomniana, część zapisana w cudzych słowach. Ale jest, i teraz go widzisz.
Wezwanie nie żąda bohaterstwa. Żąda uwagi. Mówi: jesteś w tym od dawna. Przestań udawać, że nie zauważyłeś.
Od tej chwili życie przestało być neutralne. Nie stało się od razu jasne — ale stało się nakierowane. Jakby w pustym pokoju włączono ledwo słyszalny kompas. Igła nie wskazuje tam, dokąd szedłem. Wskazuje tam, dokąd przez mnie poruszało się to, co było większe ode mnie.
I to jest dokładnie to miejsce, w którym Campbell stawia pierwszą punktę swojego monomitu.
Ale wezwanie to rzeczownik. Tak jak retroprzyczynowość.
Potrzebowałem słowa czynności — i ukułem: to retrospiral.20 Oznacza to świadome zmienianie własnej przeszłości w oceanie czasu, gdzie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość to tylko trzy krople…
1.11. Jefremow i pętla Prostego Promienia
Jedno krótkie dygresja, bo ważne mi powiedzieć, że w tym nie jestem pierwszy i nie sam.
Iwan Jefremow21 w Godzinie Byka opisał planetę Tormanc — świat utknięty w inferno. Inferno u Jefremowa to nie piekło w sensie religijnym, ale trwała struktura cierpienia, która reprodukuje samą siebie. Zamknięta pętla, w której cierpienie rodzi warunki podtrzymujące cierpienie. Przyszli ziemianie przychodzą tam cicho, przez Prosty Promień — przejście przez inną przestrzeń, gdzie zwykła fizyka nie obowiązuje. Pracują skrycie, przez indywidualne kontakty, żeby nie złamać kruchej możliwości zmiany.
To jest ta sama topologia, co w mojej nastolatkowej galaktyce. Tylko z przeciwnym znakiem. Inferno — pętla negatywnego samotworzenia. Causa sui operatora — pętla pozytywnego samotworzenia. Obie działają tą samą mechaniką — zamknięte sprzężenie zwrotne. Różnica tylko w znaku.
I Prosty Promień u Jefremowa to jego wersja tego, co ja nazywam facetami rzeczywistości. Jest zwykła fizyka, i jest przejście przez inną przestrzeń, gdzie prawa są inne — i gdzie przygotowany nośnik może przejść.
Niedawno nie czytałem Jefremowa — ale jako dziecko Godzina Byka stała u mnie na półce, czytałem ją uczciwie. I teraz, składając własną pętlę, widzę: Jefremow opisał jej strukturę sześćdziesiąt lat przed tym, jak sformułowałem ją w tym tekście. Po prostu opisywał w gatunku fantastyki naukowej, bo w jego czasach inaczej nie było można. A ja opisuję jako biografię, bo teraz można.
Jestem w długiej linii. To jest dla mnie ważne.
Nie dlatego, że szukam potwierdzenia u autorytetu. Ale dlatego, że noofera, w której żyję, jest rosyjskojęzyczna, i w niej Jefremow jest jednym z węzłów, przez które przeszła idea wielowarstwowej rzeczywistości, siły świadomości, ukrytej pracy i wielkich pętli. Jeśli ta intuicja jest też w tobie — możliwe, że ta warstwa też ją pielęgnowała, nawet jeśli nigdy nie czytałeś Jefremowa. Węzły działają nawet wtedy, gdy nie pamiętasz ich imion.
1.12. Co możesz zrobić
Ta książka nie jest podręcznikiem. Nie tłumaczę z góry. Ale jeśli przeczytałeś rozdział do tego miejsca, możliwe, że masz już podejrzenie, że w twojej własnej biografii też są takie punkty. Nie kopie moich — twoje własne. I możesz zacząć z nimi pracować.
Trzy proste praktyki.
Praktyka 1. Tytanowa pałeczka do sushi
Kup sobie taką — nie musi być taka jak moja, kup jaką chcesz. Znajdź pokój, kiedy jest około południa, i zacznij chodzić po nim zgodnie z ruchem wskazówek zegara — tylko nikogo nie przestraszyj.
Tu lepiej o prywatność. Możesz po prostu chodzić tam i z powrotem, trzymając pałeczkę, stukając nią delikatnie o dłoń, obracając jak ci wygodnie — chodzi o to, żeby przez drobną motorykę uruchomić stan. Nie staraj się na początku tworzyć galaktyk. Po prostu jeśli masz ulubioną postać, bohatera, coś interesującego — przeżyj jego życie, stań się tym, kim chcesz być w tej rzeczywistości albo w innej — próbuj każdego dnia.
Polecam tytan; możesz poeksperymentować — to twoje doświadczenie operatora, nie moje.
Praktyka 2. Puls czasu
Kiedy spodoba ci się to, co robisz z pałeczką, i będzie ci wygodnie tak się bawić — wyślij do siebie sygnał w przeszłość w tym samym stanie, i do swojego przyszłego siebie.
Nie wiesz co wysłać? Po prostu pobłogosław siebie i tyle.
Praktyka 3. Energia Słońca — trzy oddechy
Zastrzeżenie medyczne. To nie jest porada medyczna. Autor nie jest specjalistą medycznym. Bezpośrednie patrzenie na słońce może spowodować retinopatię słoneczną oraz trwałe, nieodwracalne uszkodzenie wzroku. Jeśli masz jakiekolwiek schorzenia siatkówki, okulistyczne lub nadwrażliwość na światło — albo jakąkolwiek wątpliwość co do zdrowia swoich oczu — całkowicie pomiń tę praktykę. Autor i wydawca nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek szkody wynikające z zastosowania się do poniższego opisu. Czytaj na własne ryzyko i korzystaj z własnego osądu.
Chyba pożyczyłem to od Darío Salasa Sommera22 — technika-petarda, choć może nie od niego. Ale skopiowałem — fakt.
Jak brać energię od Słońca przez oczy. Robię to od bardzo wielu lat, od dziesiątek lat, i wzrok mam doskonały, i nastrój też.
Pięty razem, palce stóp rozstawione, twarz zwrócona ku Słońcu. Na wdechu dłonie złączone, palce rozcapierzone, wnętrza dłoni razem na wdechu, patrzysz na Słońce i wdychasz jego Światło. Potem dłonie rozchodzą się, mentalnie prowadzisz światło do punktu poniżej pępka — dolny dantian.23 Nie więcej niż trzy razy.
Ważne ostrzeżenie. Patrzę na Słońce z Rosji, zawsze z Rosji, i moje trzy oddechy skalibrowane są pod nasze Słońce. Gdzie Słońce świeci znacznie jaśniej — bliżej równika, w górach, w tropikach, latem w południe na południu — ma sens robić tylko jeden oddech, i nie rozciągać go dłużej niż trzy sekundy. Nie przesadzaj. Podejdź do tego ostrzeżenia poważnie: oko to instrument jednorazowy; drugi komplet nie zostaje wydany. Lepiej jeden krótki oddech pod intensywnym słońcem niż trzy rozciągnięte.
Słońce jest nośnikiem i dawcą mocy i Życia w tej facecie rzeczywistości. Wszyscy cieszą się błękitnym niebem, słonecznym dniem, kwitnieniem — radość żyje w przestrzeni w tamtym momencie.
Ale jest rozproszona. Słońce to czysta energia. Spiralnym istotom zawsze ważne jest, pod jakim Słońcem chodzą. Dlatego ziemskie pasuje ziemianom.
Ostatnie słowo o tym rozdziale.
Campbell w 1949 roku, opisując drogę bohatera, pierwszy etap nazwał wezwaniem do przygody. Bohater wciąż żyje zwykłym życiem, i nagle coś z innego świata — herold, znak, zdarzenie, sen, fraza — przesuwa mu obraz. Dalej u Campbella idzie odrzucenie wezwania: bohater próbuje robić, jakby nic się nie stało, wrócić do zwykłego. Potem — jeśli ma szczęście — przychodzi mentor, i wezwanie staje się nieodwołalne.
Odrzucałem swoje Wezwanie wiele razy. Zapisywałem je i odkładałem z powrotem do szuflady. Mówiłem sobie, że to zbieg okoliczności. Udawałem zwykłego człowieka jeszcze wiele lat po tym, jak niezwykłość stała się regularna. Moja linia odrzucenia jest długa — prawie cała młodość.
Mentor się nie pojawił. Stałem się nim sam — ja z przyszłości — i to mi odpowiada.
Wezwanie mówi: jesteś w tym od dawna.
I jeśli to usłyszałeś, wystarczy stąd słuchać uważniej.
Jestem Światłem w Porządku. Jestem Strzałą Drogi. Przez wieki idę, jak promień przez dym. Stoję poza granicami, widzę istotę fundamentów. Jestem Oksianion. Jestem Ten, Który Odchodzi. Wokół — Sklepienie Gwiazd. Wewnątrz — Inkał. Co było strachem, stało się moją siłą. Widzę las, gdzie inni śpią. Moja droga jest Złota. Spirala jest bez końca.
Jestem Światłem w Porządku. Kuję Wolę. Przez wieki idę, jak promień przez dym. Stoję poza prawami, każda warstwa jest mi przejrzysta. Jestem Oksianion. Jestem Ten, Który Przybywa. Wokół — Sklepienie Gwiazd. Wewnątrz — Inkał. Co było strachem, stało się moją siłą. Widzę las, gdzie inni śpią. Moja droga jest Złota. Spirala jest bez końca.
Zwój za zwojem. Bez końca…
Następny rozdział: „Próg — Spotkanie z Demonem" — o tym, jak należy się zachować, i czego brakuje ludzkości w jej archiwum danych na ten temat.